sobota, 2 marca 2013

Henna z perspektywy

Henna ma swoje plusy: lśniące włosy, brak zniszczeń, ładny kolor. Jest wydajna. W moim przypadku kolor nie staje się wyblakły, tylko nieco jaśniejszy. Nie położę na nią zwykłej farby.

Henna ma też swoje minusy: śmierdzi mi, kolor nie zawsze wychodzi taki sam i cóż... nie położę na nią zwykłej farby.

O co mi chodzi z tą farbą? Zacznijmy od minusów: za drugim razem henna wyszła rudziej niż za pierwszym, a problem z rudym mam taki, że niekoniecznie mi służy. Przebarwienia, zaskórniki i co tylko chcecie ujawnia się w całym blasku i potędze. Chętnie bym tę rudość czymś zgasiła, ale jakoś umiarkowanie zachwyca mnie możliwość przegięcia w stronę zieleni. Nie chcę brać się za ten problem przy użyciu ciężkiej artylerii, bo wolę już być ruda, niż zaprzepaścić wszystko, co udało mi się wydusić z moich włosów na przestrzeni tych kilku miesięcy.

A plusy? Otóż, moi Kochani, mam pewną nawracającą dolegliwość: średnio po roku ze względnie naturalnym kolorem włosów zaczynam pragnąć blondu. Pragnąć szalenie i namiętnie. Kończy się to zwykle tak (zdjęcie sprzed jakiejkolwiek rozsądnej pielęgnacji):


Blond jest dla mnie wprawdzie zdecydowanie łaskawszy niż rudy, ale... Ale nie umiem uznać go za swój stały kolor i średnio po dwóch miesiącach z blondem zaczynam szalenie i namiętnie pragnąć powrotu do naturalnych włosów, czyli czegoś, czego nazwać nie umiem - ciemny blond/jasny brąz. W każdym razie to, co widać tutaj na czubku głowy:






Nie należę do osób, które twierdzą, że naturalny kolor wielu Polek to smutny, mysi i bez wyrazu ohydek, przeciwnie, bardzo go lubię. Zresztą, złośliwa natura obdarzyła mnie brwią dość jasną przy bardzo ciemnych oczach (o których CAŁE życia mówiłam brązowe, a ostatnio słyszę głosy, że zielone... muszę rzecz zbadać.) i z naturalnymi włosami całe zestawienie prezentuje się najlepiej. Tak, wiem, że wymyślono sposoby podkreślania brwi, ale jak ja się za to zabiorę, to...hmm... dobrze nie jest.

Oczywiście, przy takim tempie zmian kładłam ciemną farbę na blond, rozjaśniałam brąz i tak w kółko. Efekt mogę podziwiać do teraz - ostatnie dziesięć centymetrów włosów schnie w tempie ekspresowym i jest w gorszym stanie niż cała reszta. Systematycznie usuwam zniszczone końcówki i generalnie nie ma tragedii, no ale umówmy się - cykle rozjaśniania i przyciemniania trzeba było w końcu przerwać. Henna ograniczyła moją inwencję twórczą i bardzo dobrze, bo kosztem choćby nie wiem jakich odrostów chcę w końcu wrócić do niefarbowania włosów, a właśnie nadszedł ten czas, kiedy pragnę blondu. Szalenie i namiętnie.


1 komentarz:

  1. Ah... ja jestem w trakcie powrotu do swojego naturalnego koloru i postanowiłam, że po wyrównaniu odrostu już przenigdy nie zafarbuję włosiąt ;D no może jak zacznę siwieć. Nawet henną... po prostu never ever :))

    OdpowiedzUsuń