wtorek, 5 lutego 2013

Migawka pierwsza, zapewne nie ostatnia


Warszawa. Stoję sobie w kolejce w Biedronce. Wiadomo, tłumy. Sklep na osiedlu, więc boryka się z problemem „za dużo klientów, za mało przestrzeni”. No, stosunkowo mało. Dochodzę do kasy, widzę, że kasjerka goni ostatkiem sił. Kobieta przede mną, elegancka, na oko 35+, wystawia mleko na taśmę i nie muszę się przyglądać, żeby zobaczyć, że etykietka jest poszarpana zawodowo. Hm. Oczywiście, kod kreskowy nieczytelny, nawet nie da się wklepać ręcznie, bo połowy nie ma. Kasjerka informuje klientkę o problemie, zwraca się do koleżanek z pytaniem, czy może nie mają dostępu do mleka X, żeby mogła wbić i zwrócić. Tłum wybitny, ale jakoś nikt w zasięgu słuchu mleka nie ma (lub ma, ale ma też w dupie prośby podludzi zza kasy). Po raz kolejny kasjerka zwraca się do klientki, tym razem tłumacząc, że potrzebny jest drugi egzemplarz z nieuszkodzoną etykietką, ewentualnie można zrezygnować. Elegancka kobieta prycha nieelegancko i warczy, że ona na pewno z mleka nie zrezygnuje. No, to musi pani przynieść. Słucham?! Jak to, jakim prawem, nie macie państwo ludzi od tego?! No mi ciśnienie skacze jak diabli, zaciskam zęby żeby czegoś nie sieknąć. Już sama chciałam zaproponować, że się po to mleko przejdę, korona mi z głowy nie spadnie, widać lepiej się trzyma niż tej elegancko ubranej nieeleganckiej pani. Nie zdążyłam, bo z furknięciem płaszcza pomaszerowała po to nieszczęsne mleko. Kasjerka- obraz nędzy i rozpaczy, poszarzała na twarzy, zmęczona, widać, że wściekła, ale musi się uśmiechać, pewnie nie raz i nie dwa miała dzisiaj takich klientów. Mleko z łomotem ląduje na taśmie, gotówka, reszta, paragon, do widzenia, ależ gdzie tam, nie odpowiada się podludziom, wbija się w nich pełen pogardy i obrzydzenia wzrok, żeby nie mieli wątpliwości, jak bardzo urazili majestat. Potem odchodzi się bez słowa. Wzbiera we mnie wściekłość, zwłaszcza, że sama pracowałam w podobnym kołchozie i czasem naprawdę trudno było mi nie marzyć o tym, żeby mór spadł na klienta i jego rodzinę.
Skąd się biorą takie dumne krowy z tak roszczeniowym podejściem do świata? Poważnie, rozumiem, że można być zmęczonym, zdenerwowanym, ale do ubogiej sprzedajnej, jakieś minimum szacunku do siebie nawzajem obowiązuje. Zafascynowała mnie koncepcja „ludzi do tego”, bo w takim układzie Biedronka musiałaby zatrudniać tyle osób, żeby zawsze mieć co najmniej trzydzieści dusz na chodzie. Przesadzam? A macie pojęcie, jaki pieprznik robią klienci? Układanie towaru na półkach zajmuje dużo czasu, trzech klientów przejdzie i zrobi burdel nie z tej ziemi. No, a według wspomnianej koncepcji powinni się znaleźć jeszcze tacy, co przyniosą i odniosą. Zresztą, o czym ja mówię, pracowałam tez w bibliotece, dziennie śmieszna liczba, ok 200 czytelników, a układanie porozpierdzielanych książek trwało godzinami. W dni wewnętrzne biblioteki zajmowałyśmy się niemal wyłącznie ułożeniem tego, czego nie zdołałyśmy w inne dni tygodnia. Bo po co odkładać na miejsce, albo choćby na stolik do zwrotów, jak można pierdyknąć w byle jakie miejsce i tyle? Co z tego, że ta książka może się znaleźć dopiero przy generalnej kontroli księgozbioru... Poważnie, nawet uporządkowanie książek na półkach, bez poprawek alfabetycznych zajmowało masę czasu, zwłaszcza po przejściu takiego bydła, co to wyszarpnie książkę, przekartkuje i rzuci w poprzek półki, po czym procedurę powtórzy. A co dopiero mówić o takiej Biedronce, gdzie nawet w moim małym mieście przewija się ponad 100 klientów na godzinę. Uwierzcie mi, naprawdę się tam nie leży, po prostu nie da się utrzymać tego w takim stanie, w jakim niektórzy klienci by sobie życzyli.

6 komentarzy:

  1. Spotykam się z podobnymi sytuacjami. Ludzie wychodzą z założenia, że "Nasz klient-nasz Pan" czyni z nich kogoś lepszego. Dlaczego nie wyżyć się na ekspedientce za brak drobnych, czy za to, że akurat przy naszych zakupach musi zmienić taśmę do paragonów? Co do sytuacji- w wielu sklepach takie towary są po prostu odkładane przez kasjera/kę obok kasy i jeśli w czasie nabijania towaru nikt nie doniesie- kupujący "ma pecha" i co najwyżej może wejść jeszcze raz na sklep i postać w kolejce.

    OdpowiedzUsuń
  2. a co to jest 'mór"? i ty w bibliotece pracowałas?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pracowałam. Mór to zaraza. Kim jesteś?

      Usuń
  3. Niektórzy ludzie nie widzą świata poza czubkiem swojego nosa -.-

    OdpowiedzUsuń
  4. Haha :D ja jeszcze mam taki głupi nawyk oglądania końcówek... po prostu dziennie potrafię kilkaset razy dotknąć włosa, pogładzić go, zerknąć, czy coś przypadkiem się nie rozdwoiło i jest to jeden z głównych objawów nerwicy natręctw, więc staram się to jakoś ograniczyć poprzez zbawiennego koczka :DD nie zmienia to faktu, że CIĄGLE myślę o włosach hahaha. Włosomaniactwo BYWA męczące :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Miałam wątpliwą przyjemność pracować w kołchozie HIT, zanim jescze wykupiło go tesco... klienci traktowali mnie z góry, jak kogoś, kto się nie uczył (czasem słyszałam takie docinki
    ), więc dlatego siedzi na kasie, tymczasem ponieważ się uczyłam, siedziałam na kasie :D 8 godzin wiecorami, weekendami i bez przerwy dzien dobry, dziekuje, "zapraszam ponownie" nie bolało, chyba, ze trafiało się kogoś "dumnego". Najlepsze, że to wszystko było za 3,20 za godzinę pracy :)

    I powiem, że zawsze tak było, jest i będzie. Niestety...

    OdpowiedzUsuń