poniedziałek, 10 września 2012

Jadzik, oliwa z oliwek i kocham Isanę

Tak sobie czytam i czytam blogi włosomaniaczek, i niezmiennie uderza mnie, a przy tym niezmiernie drażni wszechobecna tendencja do używania angielszczyzny wtedy, kiedy jest to zupełnie zbędne. Moją frustrację pogłębiają wszelkie "blogi modowe" (bo określenie szafiarskie nie jest mile widziane, jak się ostatnio dowiedziałam...), które przeglądam od czasu do czasu.

Nie jestem fanatyczną przeciwniczką wszelkich obcych zwrotów, ba, jestem skłonna wykazać się pewnym zrozumieniem, jeśli chodzi o, np. środowisko dollfiarskie, lub inne, które bazuje na przedmiotach sprowadzanych z zagranicy, a swoim hobby dzieli głównie na zagranicznych forach i taka, dajmy na to, "peruka" częściej funkcjonuje jako "wig". Choć przyznaję, że moja wyrozumiałość jest bardzo wybiórcza, bo uparte nazywanie makijażu lalki "fejsapem" wtedy, kiedy zamieszcza się wpis na polskim forum już wywołuje u mnie szczękościsk. Ale tak, czy inaczej, powiedzmy, że w takich przypadkach angielszczyzna jest uzasadniona.

Nie czepiam się słów, które trudno zastąpić polskim odpowiednikiem, takich, które bardzo mocno zakorzeniły się w naszym języku lub nazw własnych. Nie oczekuję od nikogo, że będzie pisał o szamponie "Dziecięcysen". Poważnie.

Natomiast nijak nie widzę powodu, żeby pisać o Bad Hair Day, w momencie, kiedy Zły Dzień Włosów czy jakiekolwiek, najluźniejsze nawet tłumaczenie, równie dobrze oddaje rzeczywistość. Tak samo stopniowanie: czy "lepszy" jest gorszy od "better"? Że już nie wspomnę o make-upach, outfitach i haulach, bo przecież nikt absolutnie nie potraktuje poważnie blogerki, która powie, jak wykonać jakiś makijaż, pokaże swój nowy zestaw/ strój/ komplet czy pochwali się nowymi zdobyczami z hipermarketu. No gdzieżby tam. Co z tego, że danego bloga czytają Polacy, a dla obcokrajowców często jest zamieszczana notka po angielsku (zresztą, jedno znajome słowo w artykule niewiele by im pomogło, zwłaszcza przepuszczone prze naszą polską deklinację)? Nie wiem, czy to jakiś nowy program dokształcania społeczeństwa, czy co...

Żeby było jasne - wiem, że kijem rzeki nie zawrócę i przez to, że jakaś losowa dzieweczka ponarzeka sobie na angielszczyznę wrzucaną prosto z dupy świat się nie zmieni. Dobrze wiem, że niektóre z drażniących mnie słów mogą wejść prawem uzusu na stałe do SJP. Ale trochę jadu upuścić musiałam, a lepiej tu, niż gdzie indziej.

Oczywiście nie zamierzam zrezygnować ze śledzenia blogów pewnych osób, choćby pisały, że ich hair są dzisiaj bardzo shiny, a to wszystko dzięki new odżywce made by Rossmann - bo choć lubię czytać mądre artykuły, kiedy są dobrze napisane, to mogą być pożyteczne również wtedy, kiedy ich forma będzie mocno niestrawna.


A żeby nie było, że tylko zrzędzę oto wyniki moich małych testów.

 Oliwa z oliwek

Niedawno po naolejowaniu włosów oliwką Babydream fur Mama uznałam, że końcówki nadal są jakieś tępe, więc ruszyłam do kuchni po oliwę z oliwek. Wyczytałam, że wysoka porowatość może polubić się z oliwą, a radośnie założyłam, że jakieś pięć ostatnich centymetrów długości na pewno takie jest. Nie wiem na ile miałam rację, ale prawda jest, że włosy niemal wypiły wszystko, co na nie zaaplikowałam. Rano umyłam je jak zwykle i już na etapie spłukiwania czułam, że końcówki są niesamowicie miękkie i w niczym nie ustępują reszcie długości.
Zachęcona tym odkryciem postanowiłam następnym razem do olejowania użyć samej oliwy i zobaczyć jak się sprawdzi. Sprawdziła się świetnie, nawilżyła włosy i nieco zmniejszyła puch, który prześladuje mnie odkąd pamiętam. Myślę, że będę do niej wracać, choć na pewno przetestuję ją w różnych kombinacjach.



Isana Body Creme Sheabutter & Cacao

Drugim moim małym odkryciem jest krem do ciała z Isany z masłem Shea i kakao. Ma fajny skład i pięknie pachnie, dlatego koniecznie chciałam wypróbować go na czuprynie. Jednak, ponieważ eksperyment z oliwą zachwycił moje włosy, miałam poważnie obawy co do tego kremu - doczytałam u Wiedźmy, że masło Shea i kakaowe nadają się raczej dla niskoporowatych włosów (zaznaczam, że nie wiem, jaką porowatość moje włosy, bo z każdym eksperymentem dochodzę do innych wniosków), a oliwa z oliwek do wysokoporowatych. Obawiałam się, że skoro lubimy się z oliwą, to na zawartość maseł kudły zareagują pierzem jak po rażeniu piorunem.
Mimo wszystko postanowiłam zaryzykować. Krem rozsmarowałam na długości i przez jakieś pół godziny rozkoszowałam się pięknym zapachem, po czym standard:  krem potraktowałam jako pierwsze O i nic więcej przed szamponem już na włosy nie nałożyłam, Babydream + metoda kubeczkowa, na koniec Isana Babassu, odżywka b/s, BeBeauty na końcówki, koszulka na głowę i czekaaamy... Naprawdę, spodziewałam się ptasiego gniazda, ale nie - włosy bardzo ładnie nawilżone, miękkie, pachnące. Gdyby nie to, że wygląda na to, że jak na razie moje włosy lubią się ze wszystkim i pewnie skończy się to jakimś śmiałym eksperymentem, który mnie ich pozbawi, to byłabym zachwycona. Włosy po Isanie prezentowały się tak:


Tak na marginesie dodam, że są tutaj już niemal zupełnie suche, więc jak się pewnie domyślacie, ich strączkowanie mnie nie zachwyca. Mam nadzieję, że zmniejszy się w miarę poprawy ich stanu. Zobaczymy.

Oczywiście, trzeba brać poprawkę na to, że wszystkie te szaleństwa odbywały się w krótkim czasie, więc możliwe, że składniki eksperymentów jakoś ze sobą zareagowały.

Trochę mi głupio, że po raz kolejny daję zdjęcia z komórki, skoro chwilowo mam dostęp do sensownego aparatu (nie, żebym umiała się nim posługiwać w zadowalającym stopniu, ale zawsze to lepsza jakość). Obawiam się, że na dłuższą metę mój Sony Ericsson będzie moim głównym aparatem, ale przynajmniej teraz postaram się robić zdjęcia czymś lepszym.

I bardzo dziękuję wszystkim za rady ;)

1 komentarz:

  1. w porównaniu z poprzednim wpisem Twoje włosy bardzo się poprawiły ;)

    OdpowiedzUsuń